W teorii wszystko co robimy wydaje się proste i uporządkowane. Żyjemy w czasach,  w których nagłówki portali biznesowych krzyczą o konieczności zachowania work-life-balance. To modne hasło ma być panaceum na wypalenie zawodowe, receptą na szczęśliwe życie i gwarantem tego, że po wyjściu z biura stajemy się “cywilami”. Jednak życie ma tendencję do brutalnego weryfikowania takich założeń. Często bywa tak, że mimo szczerych chęci i próby postawienia wyraźnej granicy, rzeczywistość nas zaskakuje. To, co rano wydawało się pewnym planem na wieczór z rodziną, po południu staje się jedynie wspomnieniem. Bo jedno nieprzewidziane zdarzenie wywraca hierarchię priorytetów do góry nogami.

Czy da się oddzielić życie prywatne od pracy w sporcie, nie jest pytaniem retorycznym. To fundamentalny problem każdego, kto zdecydował się związać swoją drogę zawodową z tą branżą. W wielu zawodach da się domknąć dzień pracy zero-jedynkowo. W sporcie te dwa światy nie tyle się przenikają, co wręcz wzajemnie pochłaniają. 

Głównym powodem, dla którego praca w sporcie tak drastycznie ingeruje w prywatność, jest fakt, że zarządzanie organizacją sportową różni się od prowadzenia jakiejkolwiek innej firmy ze względu na jeden, kluczowy czynnik: bieżący wynik sportowy. W klasycznym biznesie sukces zależy od jakości produktu, strategii sprzedaży czy obsługi klienta. W sporcie możesz mieć genialny marketing, świetne zaplecze i doskonałą kawę w strefie VIP, ale jeśli drużyna przegrywa piąty mecz z rzędu, cała ta struktura zaczyna drżeć w posadach. 

Wynik sportowy jest pierwotną przyczyną lawiny zdarzeń. To on determinuje nastroje w gabinetach, a co za tym idzie atmosferę, którą pracownicy zabierają ze sobą do domów. Kiedy decyzje są podejmowane wyłącznie pod wpływem emocji wywołanych tabelą ligową, a nie w oparciu o długofalową strategię to wówczas racjonalność schodzi na dalszy plan. Skutek? Pracownik administracji staje się zakładnikiem nastroju prezesa, kibiców i mediów. W takim układzie nie da się po prostu “wyjść z pracy”, bo praca (w postaci emocji i stresu) przenosi się do domu. 

Kolejnym ogniwem w tym łańcuchu przyczynowo skutkowym są beneficjenci wyniku: kibice i sponsorzy. Kibic to po prostu klient, i to specyficzny. To klient “bardzo zaangażowany”, który czuje emocjonalną więź z marką. To jego zaangażowanie sprawia, że czuje on prawo do komentowania każdego aspektu funkcjonowania klubu, często w sposób bezpardonowy.  

Dzisiaj, w dobie mediów społecznościowych, ta opinia jest natychmiastowa i powszechna. Pracownik klubu, który po kolacji z rodziną zagląda do telefonu, widzi dziesiątki oznaczeń, komentarzy i pretensji. Ilu kibiców, tyle opini, a każda z nich generuje presję, na którą trzeba zareagować. To z kolei rodzi poczucie ciągłego podłączenia do internetu. Nie możesz odłożyć telefonu, bo boisz się, że przeoczysz moment, w którym narracja o Twoim klubie zacznie wymykać się spod kontroli…

Z drugiej zaś strony mamy sponsorów. Oni patrzą na klub chłodniejszym okiem, ale ich oczekiwania są nie mniej angażujące. Interesuje ich widoczność, staranność realizacji świadczeń i to, jak klub komunikuje się z otoczeniem. Osoba odpowiedzialna za relacje ze sponsorami musi być dostępna niemal zawsze. Feedback od sponsora rzadko przychodzi w godzinach 8:00-16:00. Często jest to telefon w sobotni wieczór lub wiadomość na WhatsAppie w niedzielę rano. Skutkiem tego jest chroniczny brak czasu na regenerację, bo relacja biznesowa w sporcie opera się między innymi na bliskości i dostępności, której nie da się ograniczyć do ram etatowych. 

Przyczyną trudności w oddzieleniu pracy od życia prywatnego jest też struktura zatrudnienia w polskich klubach. Często zarządy popełniają ten sam błąd: lwią część budżetu przeznaczają na zawodników, zapominając, że klub to też powinno być sprawnie działające przedsiębiorstwo. Efektem czego jest rażące niedofinansowanie administracji. 

W wielu organizacjach jedna osoba pełni funkcję rzecznika, marketingowca, logistyka i opiekuna sponsora. Taka kumulacja zadań sprawia, że praca staje się walką z czasem. Przygotowanie meczu, organizacja konferencji, dopinanie umów, to wszystko dzieje się pod ogromną presją czasu. Większość wydarzeń odbywa się w weekendy, dlatego pracownik administracji pracuje sześć, a czasem siedem dni w tygodniu. I to nie jest kwestia złej woli, ale fizycznej niemożliwości wyrobienia się z zadaniami w standardowym czasie. Skutkiem czego jest stopniowe wycofywanie się z życia rodzinnego, co często prowadzi do konfliktów i braku zrozumienia u bliskich, którzy nie zawsze są w stanie pojąć, dlaczego “znowu musisz odebrać ten telefon”?

Wydawać by się mogło, że koniec sezonu to moment, w którym wreszcie można odetchnąć. Jest to jednak kolejna iluzja… Okres między sezonami to w rzeczywistości czas największego natężenia pracy. To wtedy wygasają kontrakty, trwają okienka transferowe, to wtedy trzeba przygotować raporty dla sponsorów czy pozyskać nowych na kolejny sezon. To moment, w którym presja czasu jest największa, bo każda niedomknięta sprawa z poprzedniego sezonu rzutuje na start kolejnego. W efekcie, zamiast zasłużonego urlopu, pracownicy wchodzą w tryb zarządzania kryzysowego. To błędne koło sprawia, że zmęczenie się kumuluje, a granica między domem, a biurem zaciera się jeszcze bardziej. 

Warto postawić sprawę jasno: jeśli praca w sporcie nie jest Twoją pasją, ciężko będzie przetrwać w nim długo, ale ta sama pasja może być pewnego rodzaju pułapką. Ponieważ kochamy to, co robimy i tym trudniej jest nam powiedzieć “stop”. 

Moje dotychczasowe doświadczenia i obserwacje pokazują, że w tej branży nie da się być tylko trochę. Albo wchodzisz w to całym sobą, akceptując, że telefon będzie dzwonił w najmniej odpowiednich momentach, a weekendy spędzisz na stadionach, albo będzie ci ciężko przetrwać. 

Ale czy da się oddzielić życie prywatne od pracy w sporcie? W mojej ocenie nie, ale można próbować budować zrozumienie u najbliższych i walczyć o choćby krótkie chwile razem, mając świadomość, że w tej pracy każda minuta może przynieść zwrot akcji, na który będziemy musieli zareagować. To cena , jaką płaci się za pracę w najbardziej emocjonującej branży świata.


Jedna odpowiedź do „Czy da się oddzielić życie prywatne od pracy w sporcie?”

  1. Awatar Komentator WordPressa

    Cześć, to jest komentarz.
    Aby zapoznać się z moderowaniem, edycją i usuwaniem komentarzy, należy odwiedzić ekran komentarzy w kokpicie.
    Awatary komentujących pochodzą z Gravatara.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *